Jesteśmy na szczycie. Przez trzaski radiotelefonu przebija dochodzący z dołu ryk radości, słowa gratulacji. W tym momencie uprzytamniam sobie, że pokiełbasił nam się czas. Nie czekam na nic. W dół, szybko w dół...
Ale wyścig z czasem musieliśmy przegrać. Siadamy na plecakach, przytulamy się do siebie i tak, dygocąc, tkwimy na chyba 40-stopniowym mrozie. Jeść, oczywiście, nie ma co, o piciu nie ma mowy. Liczy się tylko jedno: byle jakoś to przetrzymać, byle przeżyć. Wreszcie jednak wstaje blady świt i zaczynamy schodzić. Po półgodzinie dochodzimy do namiotu...
Nie bardzo wiemy, od czego zacząć. Gotujemy na zmianę, byle dużo. Jestem jednak tak zmęczony, Andrzej też, że każdy, na- wet chwilowy bezruch kończy się zaśnięciem. W efekcie nasze postanowienie, że „jak najszybciej w dół”, oznacza wyjście z namiotu dopiero o drugiej. Wcześniej się nie dało.
Wyruszamy spokojni, bo czeka nas droga przejrzysta i łatwa...
W bazie wszystko jest przygotowane do zejścia. Dla mnie skończył się dopiero pierwszy etap wyprawy, pełny cel jest ciągle przede mną. Wkładam plecak, ruszam przed siebie. Przede mną druga runda. Chcę tej zimy zaatakować jeszcze jeden ośmiotysięcznik Cho Oyo.