Akademia Wychowania Fizycznego

im. Jerzego Kukuczki w Katowicach

Kalendarz akademicki

Maj

p w ś c p s n
 
1
 
2
 
3
 
4
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
30
 
31
 
 
 
 
Broad Peak >>

Nie interesuje nas samo wejście na Broad Peak,chcemy zrobić trawers wszystkich wierzchołków tej góry. Zacząć od południowej - dziewiczej jeszcze grani. Bro- ad Peak jest górą, na której nie ma innej drogi prócz drogi pierwszych zdobywców. Rozpoczęcie trawersu granią południową pociągało nas najbardziej...

Poszliśmy. Zabrało nam to wszystko pięć dni. Północny Wierzchołek nie poddawał się łatwo, czekała nas tam bardzo trudna wspinaczka. Wejście na Wierzchołek Środkowy było już łatwiejsze. Cały plan zre- alizowaliśmy bez większych problemów i wynikających często z nich „poślizgów”. Byliśmy znakomicie zaaklimatyzowani dzię- ki wcześniejszym rekonesansom na grani południowej.

Wracamy ze szczytu zadowoleni i rozprę- żeni. Mimo wielu przeciwności losu udało nam się przecież zrobić trawers. 

Manaslu >>

Czuć w powietrzu, że cały śnieg wisi na włosku i w każdej chwili może runąć lawina.
Zaczynamy powoli, tup­tup, noga za nogą po zmrożonym śniegu. W cieniu. Cały czas w cieniu, który odczuwanie mrozu jeszcze potęguje psychicznie. Ale każdy krok zbliża nas do granicy tej sinej z ciemnego mrozu strefy. Często spod stóp ucieka nam śnieg i zaraz rusza mała lawina. Jest go tak dużo, że nagle wyjeżdża całe zbocze spod stóp.

Z Carlosem zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Zaczyna nagle iść zygzakiem, trzeba go podtrzymywać, zaczyna mówić od rzeczy, patrzy na nas półprzytomnie. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem, przeżywałem to na własnej skórze. Ronikol, który mu podaliśmy, działa na naczynia krwionośne rozszerzająco. Na wszystkie, te w mózgu też...

Któregoś poranka, słyszymy przez radio: Wczoraj, wybitny alpinista Reinhold Messner wszedł na szczyt Lhotse. Jest tym samym pierwszym człowiekiem, który wszedł na 14 ośmiotysięcznych najwyższych gór świata...

Czekałem na tę wiadomość, ale teraz, kiedy nadeszła, mimo wszystko robi mi się smutno.

Jednak on jest tym pierwszym.

Dhaulagiri >>

Jesteśmy na szczycie. Przez trzaski radiotelefonu przebija dochodzący z dołu ryk radości, słowa gratulacji. W tym momencie uprzytamniam sobie, że pokiełbasił nam się czas. Nie czekam na nic. W dół, szybko w dół...

Ale wyścig z czasem musieliśmy przegrać. Siadamy na plecakach, przytulamy się do siebie i tak, dygocąc, tkwimy na chyba 40-­stopniowym mrozie. Jeść, oczywiście, nie ma co, o piciu nie ma mowy. Liczy się tylko jedno: byle jakoś to przetrzymać, byle przeżyć. Wreszcie jednak wstaje blady świt i zaczynamy schodzić. Po półgodzinie dochodzimy do namiotu...

Nie bardzo wiemy, od czego zacząć. Gotujemy na zmianę, byle dużo. Jestem jednak tak zmęczony, Andrzej też, że każdy, na- wet chwilowy bezruch kończy się zaśnięciem. W efekcie nasze postanowienie, że „jak najszybciej w dół”, oznacza wyjście z namiotu dopiero o drugiej. Wcześniej się nie dało.

Wyruszamy spokojni, bo czeka nas droga przejrzysta i łatwa...

W bazie wszystko jest przygotowane do zejścia. Dla mnie skończył się dopiero pierwszy etap wyprawy, pełny cel jest ciągle przede mną. Wkładam plecak, ruszam przed siebie. Przede mną druga runda. Chcę tej zimy zaatakować jeszcze jeden ośmiotysięcznik ­ Cho Oyo. 

Nanga Parbat >>

Droga jest bardzo trudna i niezwykle niebezpieczna. W stromych żlebach, którymi nieustannie lecą lawiny, napotykamy bardzo twardy lód pokryty warstwą niezwią- zanego śniegu. Wspinaczka staje się niezwykle czasochłonna. Prowadzącego czeka najpierw czyszczenie terenu, zrzucanie warstwy śniegu, a dopiero potem wgryzie- nie się w warstwę lodu, w który można już wbić zęby raków, ostrze czekana i wkręcić śrubę lodową.

Największych trudności nastręcza poręczowanie między obozem drugim a planowanym trzecim. Dzielący je odcinek jest tak długi, że samo dojście do końca już założonej liny trwa trzy, a nawet cztery godziny. Zostaje zaledwie parę godzin, pozwalających na założenie jednej, najwyżej dwóch lin, bo czeka przecież jeszcze cała droga w dół, do obozu. Wystarczy, że przysypie śnieg, że trzeba jakiś kawałek liny wymienić, by cały ten montaż górskiej drabiny zaczął się strasznie przedłużać.

Uważam, że była to jedna z moich najniebezpieczniejszych wypraw. Udało nam się jednak pokonać groźną Nanga Parbat. Za nami także zejście, w czasie którego parokrotnie lawirowaliśmy na krawędzi ludzkiej wytrzymałości. 

Kangchenjunga >>

Byliśmy na szczycie, jesteśmy już w obozie IV. Wszystko w porządku ­ mówię po nawiązaniu łączności z bazą.
W odpowiedzi słyszę gratulacje lecz wyczuwam przy tym, że przebija z nich jakaś inna, daleka od entuzjazmu, nuta:

­ Mamy problemy z Andrzejem. Jest bardzo kiepski. Zejdźcie rano, będziemy razem transportować go do bazy.

Rano dolatują do mnie słowa najgorsze:
­ Andrzej w nocy umarł...

Nie potrafię ciągle pogodzić się z tym, że już nigdy nie ruszy w górę. Przecież Andrzej Czok nie był tylko jednym z nas, był duszą całego środowiska śląskiego, był k i m ś . To z nim zaczynałem chodzić po Himalajach, łączyło nas wiele nie tylko w górach, ale i w dolinach.

Po powrocie do kraju muszę pójść do żony Andrzeja. Minęło już sporo dni, ale nie zmienia to w niczym faktu, że ja tam muszę pójść. I że tej rozmowy z najbliższy­ mi Andrzeja po prostu się boję. Cały czas myślę, jak powiedzieć, jak opowiedzieć, a przecież znam tych ludzi znakomicie. Czeka na mnie żona Andrzeja, młodziutka córka, matka i brat.

Jeden, bo wcześniej drugi brat Andrzeja zginął także. W górach. 

K2 >>

Jestem na szczycie. Siadam, by uspokoić skołatane wysiłkiem płuca, serce i mięśnie. Po chwili dochodzi Tadeusz. Wymieniamy zdyszane od wysiłku gratulacje. To twój pierwszy... - sapię poklepując go z uznaniem po plecach.

A twój jedenasty - odpowiada głosem rwanym zmęczeniem i wielką satysfakcją. Robimy zdjęcia, wszystko trwa najwyżej piętnaście minut. I w dół.

Tadeusz schodzi za mną. Idzie dokładnie po moich śladach. Unoszę głowę i akurat widzę...
Z nogi Tadeusza spada rak!

Coś krzyczę, ale tego, co się stało w następnej sekundzie, przewidzieć nie mogłem. W dół leci drugi rak! Tadeusz trzyma się już tylko czekana. Krzyczę:

­ Uwaaaaażaj!
Ale jest za późno, żadna przestroga nie może już zmienić niczego. Tadeusz próbuje jeszcze rozpaczliwie zacisnąć ręce na wbitym w lód czekanie. Nie udaje się. Czekan zostaje. Tadek leci w dół...

Wracam do kraju bardzo szybko... W tydzień po powrocie wsiadam do pociągu i jadę do Danki, żony Tadka. Mam ze sobą wszystkie filmy, jakie Tadeusz zrobił w czasie wyprawy i jeszcze zdjęcia robione przeze mnie na szczycie K­2, na których najwięcej jest właśnie Tadeusza; przez powłokę ogromnego zmęczenia widać, że się bardzo cieszy. Na jednym, które pstryknąłem w momencie, gdy miał już stawiać nogę na szczycie, wysoko unosi ręce. Fruwa... 

Lhotse 1979 >>

Powolutku, powolutku... Dziesięć kroków, odpoczynek, w czasie którego zwisam całym ciężarem na wbitym w śnieg czekanie tak długo, aż się uspokoją płuca. Znowu dziesięć kroków i wchodzimy na szczyt. Jest południe. Nie przeżywam najmniejszej nawet euforii. Wiem tylko, że mam za sobą sześć godzin tego upartego dreptania po dziesięć kroków, przerywanego przystankami, wymuszonymi przez skatowany do granic organizm.

Nie pamiętam nawet dobrze, co na tym szczycie robiliśmy. Zdjęcie jeden drugiemu na pewno, bo wyciągania z dna plecaka bryły lodu, jaką jest aparat, zapomnieć się nie da. I że poszliśmy w dół...

Jedna z warszawskich gazet informację o tym, że śląska wyprawa zdobyła szczyt Lhotse, opatrzyła krótkim komentarzem: „Już od dawna samo wejście na jakąś górę, nawet ośmiotysięczną, przestało być wiel­ kim sukcesem”.

Nadchodziły inne czasy dla polskiego himalaizmu: poprzeczka poszła mocno w górę. 

Mount Everest >>

Wynosimy liny, poręczujemy, wszystko robimy w stylu tradycyjnym. Trwa to dosyć długo, bo pogoda zaczyna nam płatać figle: co chwila się załamuje, co kilka dni wali z nieba śnieg, pokrywając coraz grubszą warstwą zbocza. Robi się bardziej lawiniasto...

O obóz IV toczy się walka. Jeden zespół wychodzi, zakłada 100 metrów liny i wraca. Po nim rusza następny, który przez cały dzień wyrywa tę linę spod grubej warstwy śniegu, wraca. Następny mocuje kolejne 100 metrów liny. Wszystko, co człowiek robi na najwyższej górze jest więc potwornie prozaiczne, rzeczowe, kosztuje ogromnie dużo wysiłku...

Zaczynam schodzić. Wyłazi ze mnie choler- ne zmęczenie.
Poruszam się jakby we mgle, czuję się tak, jakbym cały czas był właściwie obok siebie.

Po powrocie do kraju, na lotnisku są dzien- nikarze, czekają na nas złote Medale za Wybitne Osiągnięcia Sportowe.
Po raz pierwszy doznaję sławy. 

Cho Oyu >>

W bazie pod Cho Oyu wita mnie Zyga.
O odpoczynku nie ma mowy. Nie ma czasu. Zaczyna się trudne wspinanie. Idziemy cały czas z asekuracją. Jestem solidnie zmęczony, chociaż czuję się dobrze. Wysokość daje o sobie znać. Zdaje mi się, że poruszam się normalnie, ale brak mi świeżości. Zaczyna się walka z ogromnym zmęczeniem, brakiem tlenu i z czasem...

W blaskach czerwonych promieni zachodzącego słońca wychodzę na szczyt. Doznaję niesamowitego wrażenia. Robię krok i nagle znajduję się w zupełnie innym świecie... oświetlonym jasną purpurą...

„Odfajkowanie” podczas jednej zimy dwóch ośmiotysięczników jeszcze nikomu w dziejach światowego alpinizmu się nie udało. To był wyczyn, zdaję sobie z tego spra- wę.

Mam świadomość, że po Cho Oyu zacząłem być traktowany jako ten, który goni Reinholda Messnera w wyścigu, którego celem jest zdobycie czternastu najwyższych gór świata. Dałem się w ten wyścig wciągnąć bez przekonania do jego formuły. Samo gonienie po wielkich górach drogami normalnymi tylko po to, żeby je „zaliczyć”, nie bawi mnie. Fascynuje mnie natomiast pomysł czternastu nowych dróg na czternaście ośmiotysięczników. Nową drogą albo zimą, kiedy jeszcze nikt tam o tej porze roku nie był. To jest stawka warta świeczki. Naprawdę wielka gra. A wyścig z Messnerem pomoże mi w realizacji tego planu. 

Annapurna c >>

Problemem, który nam najbardziej dokucza, jest zimno. Wchodzimy na górę, ukrytą cały czas w cieniu. Jest styczeń, słońce i tak sprawiło nam miłą niespodziankę, że przez parę godzin dziennie jednak ogrzewa promieniami. Cały czas dokucza mróz. Ten zimny mrok, w którym się posuwamy, wrył mi się w pamięć chyba na zawsze. Do tego lód. Zimą ta ściana przeobraża się w szklaną górę. Stąpamy po lodzie tak twardym, że trudno jest weń wbić nawet ostre zęby raków...

Stajemy wobec konieczności biwaku w miejscu, w którym pod namiot trzeba w tym szczerym lodzie wykuć platformę. Zabiera to bardzo dużo czasu. Mamy świadomość, że znajdujemy się w miejscu, łagodnie mówiąc, niezbyt bezpiecznym. Co chwila słyszymy bębnienie o tkaninę namiotu spadających z góry drobnych grudek lodu. Dla nikogo z nas nie ulega jednak wątpliwości, że w każdej chwili może w nasz namiot uderzyć coś znacznie większego. Ale innego miejsca pod namiot nie ma. Musimy tę noc jakoś przetrwać.

Rano okazuje się, że płachta naszego namiotu jest podziurawiona jak sito. Szybko uciekamy z tego przeklętego żlebu...

Zostawiamy za sobą Annapurnę, która po raz pierwszy uległa ludziom zimą. Tylko dwóm.

Gasherbrum >>

Ze szczytu pamiętam piękną pogodę, dzięki czemu siedzieliśmy sobie na nim prawie godzinę. Jest to szczyt bardzo ładny, taki klasyczny śnieżny stożek. Wyszły mi na nim bardzo udane zdjęcia. Byliśmy w znakomitej kondycji aklimatyzacyjnej, więc mogliśmy sobie usiąść, odpoczywać, kontemplować uroki panoramy i przywoływać wrażenia z udanej wspinaczki. Niczym nie zakłócona chwila refleksji. Na szczycie było po prostu fajnie.

Zejście nie przysparza nowych emocji...

Wracaliśmy z bardzo spektakularnym, jedynym w tym sezonie osiągnięciem. Dwie nowe drogi na dwa ośmiotysięczniki w ciągu jednego sezonu. I to zrobione w zespole dwuosobowym, w czystym stylu alpejskim. Czyli udowodnienie, że styl alpejski jednak ma sens, przynosi wyniki, bo wielka wyprawa tradycyjna prawdopodobnie by się z tym nie uporała. 

Makalu >>

„Koniec, nie damy rady więcej, idziemy w dół.”
Wtedy powiedziałem coś, czego właściwie do końca nie przemyślałem:

-W takim razie spróbuję sam.
To nie była łatwa decyzja. Wchodził w ra- chubę zwykły lęk przed nieznanym, świadomość dążenia do sytuacji, w której będę sam, będę mógł liczyć tylko na siebie. Powodzenie możliwe będzie jedynie w przy- padku, gdy wszystkie warunki ułożą się w idealną całość.
Następnego dnia wychodzę dosyć późno. Już na „lekko”. Tylko aparat fotograficzny, dziesięć metrów liny, trzy haki, dwie śruby lodowe. I w górę...
Jeszcze kilka odpoczynków, jeszcze kilka kroków i to, na co się zdecydowałem, okaże się realne, za chwilę to osiągnę... Na szczycie znajduję dwa haki jakiejś sta- rej wyprawy, między które wbijam swój. I w dół.

Po chwili jeszcze myśl, że to mój trze- ci ośmiotysięcznik, jestem jedynym Pola­ kiem, który ma trzy. Gdzieś tam w środku robi się ciepło... 

Shisha Pangma >>

Słońce zbliża się do horyzontu. W jego blasku niezwykle rozległy widok nabiera niesamowitych wręcz kolorów. Nigdy, nawet w najodważniejszych marzeniach, nie mogłem przypuszczać, że epilog rozegra się w tak wspaniałej scenerii. Stoję przecież na szczycie ostatniego mojego ośmiotysięcznika. Ostatni paciorek mojego himalajskiego różańca. Stało się...

Nie potrafię w sobie wyzwolić radości, proporcjonalnej do tego przeżycia. Jestem tym wszystkim trochę ogłuszony. Tylko raz, wchodząc na Nanga Parbat, wymyśliłem sobie, że na szczycie podskoczę z triumfalnie wyrzuconymi w górę ramionami. Żałosny był to podskok, kosztował za to mnóstwo wysiłku i powiedziałem sobie po nim, że już nigdy więcej.

Czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Shisha Pangma zaliczana jest do łatwiejszych ośmiotysięczników, dlatego też po raz pierwszy zabrałem ze sobą w Himalaje narty. Zapinam je, czując przy tym, że narasta we mnie pewien rodzaj tremy. Jeżdżę na nartach, powiedzmy, nieźle,jednak moje doświadczenia w narciarstwie alpej­ skim są naprawdę ubogie.

Czternaście...
Czternaście razy osiem...
Czy coś się naprawdę skończyło?
Nie. Pionowy świat nie kończy się nigdy.
Trwa. Czeka.
Ja przecież tu jeszcze wrócę...

Lhotse 1989 >>

Dziwnie zaczyna mi się ta wyprawa. Myślałem o tej ścianie wielokrotnie. Pierwszy raz zobaczyłem ją na fotografii. Patrzyłem na nią jak na ładny obrazek z ładną formacją ściany, ale tak odległą od rzeczywistości, że mogłem ją odbierać tylko jako... ładny obrazek.

Wychodzę przed namiot, śnieg miękki, mży. Zaczynam poręczować. Staram się używać starych poręczówek. Nad filarkiem wpinam się w polską asekurację w niestromym terenie, obciążam ją i... trach, lecę, próbuję złapać równowagę, macham rękoma, wrzask. Boże! Po kilkunastu metrach ręka łapie jakąś starą poręczówkę, staję. Boże, czuwasz nade mną, podarowałeś mi drugie życie.

Całą noc łomoce płachta namiotu i ten przeklęty huk! Wygląda na to, że strefa wiatru obniża się. Ciśnienie skacze. Co jest grane!!! Czuję, że pierwszą rundę przegraliśmy. Wyścig z czasem przed jesiennymi wichrami. Teraz modlić się tylko o lukę w tych wiatrach.

Ryszard Pawłowski: „Dzień powitał nas przepiękną pogodą. Po wielu dniach walki, zmagań z własną słabością, zimnem i trudnościami, ten wątły promyk dał nową nadzieję. Południowa ściana Lhotse daje nam szansę! Wychodzimy z namiotu na wysokości 8200 metrów. Jurek porusza się pewnie i szybko. Od bezpiecznego miejsca dzieli go jeszcze tylko kilka metrów. Nagle, mój partner zaczyna się wolno zsuwać z warstwą śniegu. Nabiera coraz większej szybkości. Obija o skały. Kulę się w sobie, polecając Opatrzności. To już chyba koniec...?! Boże, miej nas w opiece! Zaciskam ręce na linie. Jestem przygotowany na potężne szarpnięcie. Jego siła rzuca mnie na skały. Koniec... Ale cienka lina pęka na ostrej krawędzi tuż nade mną. Oniemiały patrzę w ponadtrzykilometrową otchłań. Jeszcze przez chwilę słyszę dźwięk odbijającego się od skał czekana. Widzę wolno spadającą czerwoną rękawicę Jurka...” 

1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14

Aktualności

  • III Mityng Lekkoatletyczny AWF Katowice

    administrator
  • Industriada 2012

     

    W dniu 30 czerwca br. odbędzie się kolejna Industriada – Święto Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego (http://industriada.pl).

    Studenci AWF, zainteresowani udziałem w pracach organizacyjnych tej imprezy mogą zostać zakwalifikowani jako wolontariusze. Z wolontariuszami zostanie podpisana oficjalna umowa o świadczenie usług, zostaną oni ubezpieczeni oraz przeszkoleni w zakresie niezbędnych informacji na temat Industriady, Szlaku Zabytków Techniki, systemu bezpłatnego transportu w dniu imprezy. Wszyscy wolontariusze otrzymają pisemne zaświadczenia o pracy wykonanej na rzecz Industriady wraz z wymiarem godzinowym ich zaangażowania w to przedsięwzięcie.

    administrator
  • V Katowicki Festiwal Biegowy

    administrator
  • Zmiana terminu IX Sympozjum Polskiego Towarzystwa Rehabilitacji Neurologicznej

    Uwaga!!!

    Uległ zmianie termin IX Sympozjum Polskiego Towarzystwa Rehabilitacji Neurologicznej.

    REHABILITACJA W BÓLACH KRZYŻA OPARTA NA DOWODACH NAUKOWYCH (Evidence-Based Medicine)

    administrator
  • Godziny Rektorskie

    W związku z wyborami do Senatu AWF Katowice Rektor ogłasza w dniu 19 kwietnia 2012r godziny rektorskie dla studentów AWF Katowice.

    administrator
  • Yacht Club Sztag Inauguracja
    administrator
  • Wielkanoc 2012

    administrator
  • Przełajowcy AWF Katowice najlepsi w Polsce

     

     

    W sobote 31 marca odbyły się Akademickie Mistrzostwa Polski w Biegach Przełajowych 2012r. Impreza odbyła się po raz kolejny w Łodzi, gdzie w roku bieżącym zostaną zorganizowane Akademickie Mistrzostwa Świata. Najleszym przełajowcem został Łukasz Oślizło, który zakończył rywalizacje na pierwszym miejscu na dystansie 9 km. Pozostali nasi studenci rywalizowali na dystansie o połowe krótszym (4,5km) Oto miejsca naszych zawodników: 5 - Dawid Żebrowski, 7 - Michał Król,  29 - Łukasz Modrzejewski, 32 - Kamil Klonowski, 38 - Mateusz Błoch, 43 - Bartosz Pacuła, 44 - Miłosz Jarczok.
    W klasyfikacji kobiet Sabina Rzepka na dystansie 6km zajęła 36 miejsce a pozostałe panie na dystansie 3km finiszowały na mijscach: 24 - Magdalena Cisek, 39 - Małgorzata Kula, 52 - Barbara Janczak

    W klasyfikacja drużynowej mężczyzn triumfowali zawodnicy AWF Katowice przed AWF Kraków i Politechniką Opolską. Wśród kobiet zwyciężyły studentki AWF Kraków a nasze panie osłabione przez problemy zdrowotne zajęły dopiero 18 miejsce.

    Gratulacje dla wszystkich startujących naszych studentek i studentów

    administrator
  • Szczypiorniści AWF Katowice po raz kolejny najlepsi na Śląsku

    Od 1998 roku trwa hegemonia Piłkarzy Ręcznych  AWF w Akademickich Mistrzostwach Śląska. Na nich można polegać. Należy podkreślić, że 15 tytuł mistrzowski został wywalczony przez podopiecznych dra Ryszarda Jarząbek w sposób zdecydowany, wygrywając wszystkie spotkania. Notabene od 15 lat szczypiorniści Naszej Uczelni są niepokonani w AMŚ. Ponadto w Akademickich Mistrzostwach Polski zawsze docierali do turnieju finałowego zdobywając 4-krotnie złoty medal, 3 razy srebrny i raz brązowy. Teraz czeka ich trudniejsze zadanie związane z rozgrywkami w ramach AMP. Od 11 do 13 maja 2012 roku w Katowicach nasi studenci walczyć będą o awans do turnieju finałowego Akademickich Mistrzostw Polski, który organizuje Uniwersytet w Zielonej Górze. Imprezą docelową dla studentów są Akademickie Mistrzostwa Europy, które w przyszłym roku odbędą się w Katowicach. 

    Więcej zdjęć z rozgrywek (tutaj)

    administrator
  • Yacht Club "Sztag" - reaktywacja

    Po wielu latach reaktywowany został Ycht Club "Sztag" Akademii Wychowania Fizycznego im. Jezrzego Kukuczki w Katowicach. 

    Zapraszamy do odwiedzania naszej strony internetowej.

    administrator